 |
| Galeria Krzysia |  |
| Wyniki tomografii |  |
| Goście |  |
Aktualnie jest 9 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj | |
| Język strony |  |
|
Wybierz język interfejsu:
| |
|  |
 | Profesor Trojanowski opowiada o Krzysiu |

W Wydawnictwie Literackim ukazała się właśnie niezwykła książka: "Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy". Redaktorka książki - Anna Mateja - wysłuchała i spisała opowieści czternastu wybitnych polskich lekarzy, którzy dzielą się swoim doświadczeniem i refleksjami, a także wspominają różne "sytuacje graniczne" ze swojej praktyki, i "prawdziwe historie pacjentów, którzy wbrew najgorszym rokowaniom wrócili do zdrowia". Gorąco polecamy tę przejmującą książkę. Jednym z jej bohaterów jest nasz Krzysztof - widziany oczami profesora Tomasza Trojanowskiego. Cytujemy dla Was ten fragment książki (kliknijcie: Czytaj więcej) - ale zachęcamy także do lektury całości.
Tutaj więcej informacji o książce na stronie WL
Wśród rozmówców Anny Matei są także inni, znani lekarze, m.in.: Bogdan De Barbaro, Andrzej Bochenek, Marek Edelman i Zbigniew Religa. Wszystkie rozmowy były przeprowadzone między marcem i grudniem 2009 roku.
Wypowiedź profesora Tomasza Trojanowskiego, neurochirurga, zatytułowana "Nikomu nie odbieram nadziei", w książce zajmuje 18 stron (s.25-42), my cytujemy tutaj tylko 4-stronicowy fragment o Krzysiu (s.37-40). Profesor opowiada o tym, jakie znaczenie ma siła woli i chęć walki z chorobą - ale mówiąc o Krzysiu niemal całkowicie przemilcza swoją rolę w jego ratowaniu, a była decydująca. Swoją natychmiastową decyzją o operacji i przekonaniem do niej lekarzy w Prokocimiu - uratował naszemu synowi życie. Czytając, warto o tym pamiętać. My nigdy nie zapomnimy.
[Tomasz Trojanowski, "Nikomu nie odbieram nadziei", [w:] "Cud w medycynie...", WL, Kraków 2010, s.37-40]
Nie wiem, dlaczego przytrafiają się ludzim złe rzeczy - czego mają ich nauczyć, na co uwrażliwić, jak zmienić? A może nie ma w tym żadnej filozofii, lecz jedynie ślepy traf czy raczej skutek predyspozycji genetycznych, że choruje ten, a nie inny człowiek, i nie wiemy do końca: dlaczego on właśnie?
W wolnych chwilach wkładam sobie do komputera płytę z pewnym amatorskim filmem - patrzę jak kilkunastoletni Krzyś, mój pacjent, zjeżdża na nartach ze stoku. Czy jemu na pewno coś dolega? - mógłby zapytać ktoś, kto nie zna jego historii. Ale ja znam i wiem, jak było: w sylwestra 2004 roku Krzyś razem z tatą wziął udział w dziesięciokilometrowym biegu, co nie było dla nich specjalnym wysiłkiem, bo obaj biegali na długich trasach. Po przekroczeniu mety Krzyś źle się poczuł i właściwie do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Prawdopodobnie chłopak miał uszkodzoną jedną z tętnic szyjnych, którymi krew dochodzi do mózgu; ta rozwarstwiła się i zablokowała dopływ krwi. Krzyś otarł się o śmierć, konieczna była trepanacja czaszki. Jej łatania podjąłem się już sam, gdy na prośbę rodziców chłopiec został przewieziony z Krakowa do mojej kliniki w Lublinie.
Krzyś na nartach radzi już sobie świetnie i bez trudu jeździ na rowerze, nawet po górach, ale prawda jest taka, że w wyniku tamtego wypadku doznał poważnych uszkodzeń neurologicznych: ma ciężki niedowład prawej strony ciała, przeszedł afazję - od nowa uczył się mówić i pisać, do dzisiaj zresztą ma zaburzenia mowy, do szkoły, na swój poziom nauczania, nie był w stanie wrócić. Ale nie poddał się. Podobnie jak jego rodzice i przyjaciele. Rozpoczęto bardzo intensywną rehabilitację, dzięki której pięć miesięcy po wypadku Krzyś zaczął chodzić o własnych siłach. Grupa jego rówieśników dalej ciągnie go na mecze, biegi, wyprawy rowerowe, narty. Przyjaciele, rozumiejąc jego ograniczenia, potrafili utrzymać chłopca w grupie i stworzyć warunki do wspólnej zabawy.
Patrzę na amatorski film z Krzysiem w roli głównej. Pięć lat po wypadku śmiga na nartach tak, że trudno byłoby powiedzieć, że ma jakis defekt. Wiem, że stoi za tym gigantyczna praca rodziny i przyjaciół, że ta grupa wsparcia była tu bodźcem nie do przecenienia - bez niej Krzyś nie zwojowałby tak wiele. Mam dowód na to, że choroba sporo w życiu zmienia, ale to nieprawda, że pozostawia po sobie tylko zgliszcza. Krzyś do dzisiaj zadziwia wielką motywacją do intensywnej pracy, być może bez tego, co przytrafiło mu się parę lat temu, nigdy by tych pokładów energii w sobie nie uruchomił.
Coś podobnego obserwuję u starszych pacjentów, którzy zdają sobie sprawę, że zostało im już mało czasu, ale bardzo chcą na przykład zobaczyć Pierwszą Komunię wnuczki. I choroba, która powinna już zabić, udziela im "dyspensy": chorym jest dane przeżyć uroczystość, odchodzą dopiero kilka dni później. Poznałem przynajmniej kilka takich osób, przekonując się, jak istotną rolę odgrywa siła woli i chęć walki z chorobą. Podobnie jak nastawienie, plany życiowe, motywacje. U księdza kustosza była to ambicja przywrócenia świetności zniszczonemu sanktuarium, u programisty - nadzieja na szczęśliwe życie z ukochaną kobietą, której obecność wspierała go równie skutecznie, jak moich starszych pacjentów chęć zobaczenia wnuczki w białej komunijnej sukience.
|
|
|
|
| |
| Pokrewne linki |  |
| Oceny artykułu |  |
Wynik głosowania: 0 Głosów: 0
| |
| Opcje |  |
|
| 
|