Welcome to Pomoc dla Krzysia!!

     Galeria Krzysia




     Wyniki tomografii




     Goście
Aktualnie jest 10 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

     Język strony
Wybierz język interfejsu:


 Relacja Żaby z wyprawy dookoła Tatr

Jak wiecie, byliśmy na tej wycieczce na początku września. "Żaba" opisał ją dopiero teraz. Mimo tego opóźnienia przeczytajcie, warto!



Żaba i Krzyś pod Gerlachem

No i miała być Norwegia, ale widać inaczej było zapisane w GÓRZE…
Skoro nie Norwegia, to niezawodne Tatry!

Tym razem naszą wyprawę zaplanowaliśmy na początek września. Jak przyjemnie pomyśleć, że niektórzy właśnie kończą wakacje, a my jeszcze coś z nich dla siebie uszczkniemy. Wstępnie planowaliśmy, że przedłużymy naszą trasę o kolejną setkę kilometrów i jeden dzień więcej na rowerze, lecz ostatecznie zostaliśmy przy powtórzeniu zeszłorocznej trasy, ale w jakże innych okolicznościach przyrody! Na wspomnienie tego, co się działo na termometrze i przede wszystkim na niebie, robi się radośniej w sercu, zwłaszcza kiedy patrzę na stalowo-szare chmury, wiszące nisko za moim oknem – teraz, kiedy opisuję naszą wędrówkę.

Środa

Od początku pierwszego dnia słońce i bardzo ciepło. Tak jak w zeszłym roku przyjeżdżamy z Krakowa do zamku w Niedzicy wieczorem, jemy szybką kolację, negocjujemy z Romkiem u kierownika – Krzysia - 15 minut dłuższego spania, przy czym Krzyś przepowiada nam cztery defekty gumy, a następnie, zgodnie z zaleceniami odgórnymi, idziemy spać.

Czwartek

Wstajemy wcześnie, choć nie tak ekstremalnie jak w zeszłym roku... Dość długo grzebiemy się przy rowerach i pakowaniu plecaków. W pamięci mamy zeszłoroczne bolące plecy, mimo i tak bardzo ograniczonego bagażu, więc, pomni tego, wyjmujemy kolejne drobiazgi z plecaków. Ja pozostawiam jedynie szczoteczkę do zębów, rękawiczki z długimi palcami, jedną „bieliznę”, ortalion na wypadek deszczu oraz oczywiście klucze i dętki rowerowe. Krzyś trochę grymasi – no bo co w końcu, kurcze blade! Mieliśmy wyjechać przed siódmą, a mamy chyba ze czterdzieści minut opóźnienia. Wreszcie zapinamy się w rowery i ruszamy!
Wkrótce już mocny południowy wiatr niesie gorące podmuchy – mam wrażenie, że prosto z Sahary. Proste, płaskie odcinki już po Słowackiej stronie ciągną się nad miarę, bo wieje prosto w twarz lub z boku, ale w końcu kiedyś przecież dmuchnie w plecy. Pierwszy większy podjazd na Magurskie Sedlo (949m.n.p.m.) i pierwsza nagroda za podjęty trud. Z prawej strony majestatyczna panorama Bielskich Tatr, z lewej rozległe doliny Spiszu. Kolejna nagroda to długi zjazd, tylko około 60 km/h na liczniku, choć dość stromo, szybciej trudno, bo wiatr trzyma za tylne koło. Jesteśmy w Slovenskiej Vsi, krótki przystanek na picie i batony. Teraz krótki podjazd na „cygańską łąkę”. Scena jak z filmu F. Felliniego… Jaskrawe słońce wyłaniające się nad pagórkiem, zielona łąka, mgiełka gdzieś w dolinach. Na jaskrawozielonym dywanie czerwone fotele i w takim samym kolorze sofa. Na niej gromadka cygańskich dzieci, które oczywiście zaczynają do nas biec i wołać w naszą stronę. Po zeszłorocznych doświadczeniach nie jesteśmy ciekawi, co chcą nam powiedzieć, przyspieszamy. Ciekawe czemu te dzieciaki nie poszły dzisiaj do szkoły… - może chore?
Mijamy Lendak i już za chwilę jesteśmy w miejscu naszych YETI obozowisk, w Tatranskiej Kotlinie. Teraz już prosta droga – Cesta Slobody i przygnębiający widok całych połaci zrujnowanego lasu. Dojeżdżamy do Starego Smokovca. Krótki odpoczynek i ulubiona część wycieczki dnia pierwszego – podjazd pod Śląski Dom. Pierwsza dziura w dętce przepowiedziana przez Krzysia. Krzyś, nie wiedząc nic o defekcie w rowerze Romka, odjeżdża nam, a my tymczasem musimy uporać się z wymianą wymienionej dętki na kolejną – następne doświadczenie – trzeba mieć ze sobą cokolwiek do przykręcenia zaworu wentyla! Tak więc z półgodzinnym opóźnieniem ruszamy – 7 km pod górę i 700 m w górę… Krzyś już czeka na nas zmarznięty pod jednym z najbrzydszych w Tatrach pomysłów moich kolegów po fachu. Kiedy jesteśmy już w komplecie – parę zdjęć i odjazd, a raczej zjazd. Tyle wysiłku w jedną stronę, a powrót wręcz niezauważalny.
Teraz zmierzamy znów po płaskościach w stronę Strbskiego Plesa. Skręcamy w Dolinę Mengusovską, ale napotykamy na remont drogi więc musimy zmienić plany i wspinamy się drogą pod Strbskie Pleso, potem zjazd do Cesty Slobody i długie proste zjazdy do uroczej małej wsi – Podbanske. Tam duże zakupy w małym sklepiku i z prowiantem zjazd jeszcze 10 km do Pribyliny.
Chwilę tylko czekamy na naszą gospodynię, zaczyna padać lekki deszcz, chowamy nasze rowery, rozpakowujemy zakupy i zaczynamy nasze doświadczenia kulinarne. Okazuje się, że głód jest najlepszą motywacją do wzbudzenia inwencji kulinarnej. Co mogą i powinni jeść cykliści? Oczywiście – spaghetti! No więc do dzieła. W nawale przygotowań udało mi się rozgotować makaron, więc podziwiam Romka i Krzysia za wytrwałość w jedzeniu gigakluchy, którą spreparowałem. Ale sos udał się całkiem nieźle – dobre i to. Kolejne doświadczenie i nauczka kulinarna: zabierajcie na Słowację małą buteleczkę oliwy z oliwek – nie do zdobycia w małych „potravinach” czyli sklepikach słowackich. Po 120 km w nogach – obfity choć niewyborny posiłek, kąpiel i sen oraz oczywiście zapamiętane krajobrazy w czasie wędrówki - to najlepsza nagroda za nasze – jakże przyjemne zmęczenie. Aaa, oczywiście przed snem negocjacje pobudkowe.

Piątek

Wstajemy niezbyt wcześnie, jemy śniadanie, pakujemy się i zaczynamy od naprawy… Trzecia z przepowiedzianych przez Krzysia czterech awarii. Tym razem w rowerze Krzysia. Pogoda znów zapowiada się cudnie. Zaczynamy dzień od łagodnego podjazdu – powrotu do Podbanskej.
Z tego miejsca – jak i w zeszłym roku startujemy do Koprovej Doliny. Ciężko się oprzeć refleksji, że po drugiej stronie Tatr jest równie pięknie, ale na szlakach spotkalibyśmy na każdym przejechanym kilometrze kilka setek tzw. turystów, nie bardzo wiedzących, po co przyjechali w góry. Tutaj na około 10 km w głąb doliny spotykamy trzy, może cztery rodziny, które cieszą się własnym towarzystwem i towarzystwem przyrody. Wracamy do wejścia do doliny i „atakujemy” Tichą Dolinę. Znowu pustość na szlaku. U celu spotykamy grupkę taterników, szykujących się na wyprawę i to wszystko z ruchu turystycznego. Zadzieramy głowy, spoglądając na żleby Kasprowego Wierchu, ładujemy akumulatory - następnym razem będziemy tu może za rok, choć chciałoby się tutaj zostać na zawsze…, a na pewno chciałoby się tymi krajobrazami podzielić ze wszystkimi bliskimi, także z tymi, którzy patrzą na nas gdzieś tam z góry, choć może nie z gór.
Odwrót, zjazd do głównej drogi. Przed nami najmniej wdzięczny odcinek drogi do Liptovskiego Mikulasa. Im bliżej cywilizacji, tym brzydziej i dalej trzeba sięgać wzrokiem, żeby zobaczyć coś pięknego w krajobrazie. Mijamy Liptovski Miklas, gdzie w zeszłym roku przejeżdżaliśmy w deszczu. Teraz widzimy całą Orawę – z jednej strony Niskie Tatry, z drugiej Tatry Zachodnie, widok na Orawską Magurę… dużo by pisać. Odpoczynek przed podjazdem na przełęcz. Tempo lepsze niż rok temu, bo pogoda nam sprzyja. Na przełęczy czekamy na Gracę seniora. Przed nami dłuuugi zjazd. Ruszamy w dużych odstępach, żeby sobie nie przeszkadzać. Romek rusza pierwszy, Krzyś drugi – czekam po Krzysiu minutę i ruszam. 76 km na godzinę na tych zjazdach nie stanowi problemu – dopiero zaczyna być problem, kiedy wpadam na otwartą przestrzeń i dostaję mocny podmuch z boku… nabieram respektu przed prędkością. Jesteśmy w Zubercu – za nami 116 km drogi . Kupujemy prowiant na obiadokolację i śniadanie – w tym roku kucharzymy sami. Powtórka ze spaghetti. Tym razem chyba było lepiej – prawda chłopaki?

Sobota

Jest pięknie – ruszamy w stronę Oravic. O ile lepiej jechać po trasie, którą się już zna… Wiatr zaczyna nam już sprzyjać. Im bliżej granicy tym większy ruch samochodów – głównie nasi rodacy. Mijamy granicę. Budynki pograniczników służą teraz jako magazyny, hurtownie… Wspominamy bez żalu czasy, kiedy trzeba było wyciągać paszporty i tłumaczyć się, że naprawdę nie mamy nic do oclenia.
Dojeżdżamy do Chochołowa, skręcamy na Zakopane. Niby tak samo pięknie, ale czemu taki ruch? Dużo ludzi na rowerach, ale nikt nikomu się nie kłania… Nic z atmosfery turystyki, a nawet ze zwykłego dobrego wychowania. Mijamy korki w mieście i zaczynamy podjazdy na Wierch Poroniec. Głodni docieramy na zasłużony posiłek oczywiście do Bigosowej. Cóż – magiczne miejsce, ale jedzenie zupełnie nie magiczne… Następnym razem zjemy coś z puszki w tym samym miejscu. Teraz już przed nami długie zjazdy i tylko autobus przed nami nie pozwala nam pobijać kolejnych rekordów prędkości. Jeżeli ktoś chce się zgubić na rowerowej wycieczce, to najlepiej na zjazdach. Nie chciałem, ale zgubiłem swój peleton. No i co zrobić w XXI wieku? Zadzwonić z telefonu komórkowego – proste, prawda? Wprawdzie w międzyczasie zwiedziłem okolice Białki, ale w końcu Romek odebrał telefon i odnaleźliśmy się. Do Niedzicy docieramy tym razem przez Trybsz, Łapsze Wyżne i Niżne. Meta! Dzisiaj 115 km przejechanych. Przebieramy się i podjeżdżamy na pustą plażę nad Jeziorem Czorsztyńskim na „rytualną” kąpiel.

Po raz kolejny dziękuję Wam Przyjaciele za te piękne chwile.
Może w przyszłym roku Norwegia, a jeśli nie Norwegia, to przecież gdziekolwiek będziemy, tam może być pięknie, czyż nie?

Artur Zaboklicki



 
     Pokrewne linki
· Więcej o
· Napisane przez roman_graczyk


Najczęściej czytany artykuł o :
Wokół Tatr -relacja Żaby


     Oceny artykułu
Wynik głosowania: 3
Głosów: 1


Poświęć chwilę i oceń ten artykuł:

Wyśmienity
Bardzo dobry
Dobry
Przyzwoity
Zły


     Opcje

 Strona gotowa do druku Strona gotowa do druku






Informacje w wersji RSS Informacje w wersji RSS

All logos and trademarks in this site are property of their respective owner. The comments are property of their posters, all the rest © 2002 by me.
You can syndicate our news using the file backend.php or ultramode.txt
Web site engine code is Copyright © 2003 by PHP-Nuke. All Rights Reserved. PHP-Nuke is Free Software released under the GNU/GPL license.
Tworzenie strony: 0.118 sekund